Jesteś tutaj
Strona główna > Nowości > „Widmo: Świt Tułaczów” – publikujemy prolog!

„Widmo: Świt Tułaczów” – publikujemy prolog!

e5e6a02483dc37302f748cf4d9b0feb4

Nieczęsto mamy przyjemność zamieszczać na PolakPotrafi.pl tak świetnie przygotowany projekt książkowy. Na 30 dni przed końcem kampanii, autorka – Katarzyna Radecka
Growchu – jest już na półmetku sukcesu.

„Widmo: Świt Tułaczów” to pierwszy tom z serii „Widmo”, opowiadającej perypetie trzech z początku zupełnie obcych sobie osób, które dążąc razem do jednego celu, powoli zdobywają swoje zaufanie. Wszystkie ich przeżycia rozgrywają się w świecie, który nieustannie się przekształca, aby co jakiś czas bezlitośnie zaskakiwać bohaterów. W stałe i powracające wątki wplatają się nowe, zwykle zwiastując kłopoty.

 

Autorka udostępniła nam całość Prologu książki – jeśli ktoś jeszcze waha się, czy warto wesprzeć tę kampanię – przekona się po lekturze!

Projekt można (albo trzeba 😉 ) wspierać tutaj: https://polakpotrafi.pl/projekt/widmo-swit-tulaczow

73db09563a1eeca5c0f1443e28e0d128

W półmroku jaskini pojawił się delikatny ruch.

Spod kupy futra, pazurów i zwiotczałych mięśni wyłoniła się mała, jasna rączka, desperacko szukająca oparcia w nierównym gruncie groty, zahaczając o niego paluszkami. Dziecko o włosach koloru niedźwiedziego futra, pod którym było uwięzione, z cichym stęknięciem wyswobodziło się z kosmatej pułapki. Jego szybki oddech odbijał się od granitowych ścian jaskini, niknąc w wilgotnych ciemnościach. Chłopiec rozejrzał się na wpół przytomny. Skąd się tu wziął? Co to za miejsce? I gdzie jest…

– Mama…

Ogarnęło go przerażenie. – Nie ma jej. Dlaczego jej tu nie ma?

Przez liczące sobie nieco ponad cztery lata życie dziecka, nie odstępowała go na krok. Była jego jedynym przewodnikiem na tym świecie, w którym mieszało się tyle samo przerażającej brzydoty, co olśniewającego piękna. W przeciwieństwie do groty, w której się znajdował. Grota nie miała w sobie ani odrobiny piękna. I cuchnęła.

Nieopodal ze szczeliny w skale wydobywała się wąska strużka światła, niby srebrzysta nić łącząca prostym ściegiem mroczne odmęty z powierzchnią. Ujrzawszy ją podbiegł niezdarnie, z trudem utrzymując równowagę na krótkich, wątłych nóżkach. W miejscu, gdzie złapał za ścianę, oderwało się stado drobnych kamyczków, które sturlawszy się pośpiesznie zasypały lawiną bose stopy dziecka. Chłopiec czuł narastającą w sobie panikę. Z wielkim wysiłkiem udało mu się powstrzymać łzy. Pozwoli sobie na nie dopiero wtedy, gdy znajdzie mamę. Powoli podniósł wielkie czarne oczy i skoncentrował wzrok na dziurze, którą odsłoniły spadające skałki. Otwór był wystarczająco duży, aby chłopiec bez problemu mógł wychylić przez niego głowę.

Na zewnątrz ukazał się mu blady krajobraz, pozbawiony wyraźnych konturów, które pochłonęła ostra zima. Drzewa i głazy stały nieruchomo, przygwożdżone do ziemi grubymi zaspami śniegu. Jezioro całkowicie zamarło. Biało-niebieska tafla lodu uśpiła wszelkie życie pod jej powierzchnią, aby zbudzić je dopiero na wiosnę. Wszystko pogrążyło się w błogim letargu. Nie chcąc mącić tego spokoju, nie pozwolił sobie na wołanie. Bał się złowrogiej atmosfery, jaka panowała w powietrzu, jak gdyby nieopatrznie rozdrażniona miała zrobić mu krzywdę. Postanowił wydostać się z jaskini, aby samodzielnie poszukać swojej mamy. Spróbował przecisnąć się przez istniejącą już w skale wyrwę, która okazała się zbyt wąska dla jego klatki piersiowej. Przerażony zaczął się szamotać, w konsekwencji czego reszta luźnych kamieni wypadła na drugą stronę z impetem, a chłopiec podzielił ich los . Prędko i boleśnie przekonał się, że grota, w której przebywał, była usytuowana na niewielkim wzniesieniu. W momencie wyswobodzenia się, wspomagane grawitacją dziecko, przeturlało się po śniegu i wylądowało u stóp olbrzymiej wierzby. Natychmiast uderzyło w nie wiatr, unosząc drobne szpilki lodu tnące delikatną skórę. Chłopiec miał na sobie jedynie poobcierany kożuch i spodnie z foczej skóry. Chłód białego puchu boleśnie kąsał go w stopy i policzki. Usilnie starając się nie zwracać uwagi na zaistniałe przeciwności, ruszył wzdłuż zamarzniętego jeziora. Dreptał powoli w akompaniamencie własnych jęków i buczenia, a po chwili dołączył się do niego wicher świszczący między skałami na wybrzeżu. Nie trwało to długo, gdyż wędrówkę przerwał mu nagły upadek, spowodowany potknięciem się o zlodowaciałą zaspę. Sfrustrowany obrócił się, by spojrzeć wściekle na źródło problemów, lecz ku jego przerażeniu odkrył, że nie był to śnieg.

Człowiek w białym kombinezonie skutecznie zlewał się z otoczeniem, dlatego dziecko nie dostrzegło go do tej pory. Na głowę miał zaciągnięty kaptur skrywający futrzaną czapkę i niemal cały przysypany był zimnym puchem. Chłopiec intensywnie, jakby z niedowierzaniem, wpatrywał się w oczy mężczyzny. Wodził wzrokiem po oszroniałych rzęsach i zamglonych tęczówkach. Bez wątpienia – ten człowiek był martwy. Mama powiedziała mu kiedyś, aby nie przebywał za długo na mrozie, ponieważ z zimna może zrobić się ospały, a gdy już zaśnie, nigdy więcej się nie obudzi. Gdy tylko przypomniał sobie jej słowa, powrócił do rzeczywistości i przestraszony odskoczył od ciała, na wszelki wypadek, gdyby taka senność miała być zaraźliwa. I wtedy wiatr przestał wiać, a okruchy lodu i śniegu na chwilę usiadły na ziemi, jakby chciały odsapnąć odsłaniając zimowy krajobraz, jakże odmienny od tego jakie widział do tej pory.

Były ich dziesiątki. Tych w zielonych ubraniach łatwiej było dostrzec o tej porze roku, wkrótce jednak zauważył również dużo tych białych, głównie po czerwonych plamach, które wyciekając z nich brudziły nieskazitelną panoramę. Część ciał leżało bezwładnie niczym szmaciane laleczki, inne zdążyły już zamarznąć, tworząc ludzkie posągi. Pierwszy raz widział tyle ludzi naraz. Nikt nie zapuszczał się w te rejony, ponieważ nie było takiej potrzeby: leśne pustkowia, przetykane wielkimi głazami nie zachęcały do dalszych wycieczek nawet najwytrwalszych wędrowców. Prawdę powiedziawszy wystraszyłby się ich bardziej, gdyby okazali się żywi.

Obrócił się niezgrabnie i puścił się tą samą drogą, którą przed chwilą z takim trudem pokonywał. Stracił czucie w stopach, co skutkowało regularnymi upadkami. Pewne fragmenty pokonał na czworakach, więc iskrząca się masa śniegu i lodu złośliwie przylepiła mu się do spodni. Gdyby w tym momencie ktoś go zobaczył, uznałby go zapewne za jakieś nieduże zwierzątko, które niefortunnie nie zrzuciwszy do końca letniego futra ucieka przed drapieżnikiem na tle białego bezkresu. W końcu udało mu się powrócić do jaskini. Wypatrzył włochate cielsko niedźwiedzia i wczepił się w niego z wszystkich sił. Bose nogi ukrył pod brzuchem zwierzęcia, a gdy już to uczynił wybuchł głośnym płaczem. Przyciskał twarz do kosmatego karku nieudolnie próbując powstrzymać spazmy jakie wstrząsały jego małym ciałem. Po pewnym czasie ryk zmienił się w szloch, szloch ustąpił miejsca cichemu łkaniu, a po nim zapadła cisza.

Długo wpatrywał się w brązowe futro, które miał przed nosem. Niedźwiedzie włosy wewnątrz ciemne, na wierzchu były lekko rudawe. Gdy na chwilę zza chmur wyszło słońce, jego promienie odbijały się łagodnie, nadając im odcień miedzi. „Jest śliczne” pomyślał chłopiec ocierając zbłąkaną łzę z policzka wierzchem dłoni. Wpatrując się w odblaski i starał się nie myśleć o bólu, jaki czuł w przemarzniętych aż do kości stopach.

Słońce powoli znikało za morzem olch i wierzb, pogrążając świat w różowawej poświacie. Wykończony chłopiec zapadł w niespokojny sen, lecz nie trwał on długo. W pewnym momencie zbudził się gwałtownie. Z zewnątrz dobiegało skrzypienie śniegu. Ktoś stąpał ostrożnie, niczym lwica podkradająca się do ofiary. Zdał sobie sprawę, że odgłos kroków nieubłaganie zbliża się w jego stronę.

– Nie umarli – pomyślał przerażony – wcale nie umarli. A teraz idą po mnie.

Pośpiesznie wczołgał się w przerwę między niedźwiedziem, a ścianą groty i skulił się w małą kulkę. Drżał, ale nie był pewien czy ze strachu, czy z zimna, jakie odczuł po ponownym zetknięciu z lodowatym gruntem. Chrzęst osiągnął maksymalną głośność i umilkł. W przejściu stanął człowiek. Był cały zakutany w grube futra, pochodzące ze stworzeń, których dziecko nie potrafiło rozpoznać i ledwo zmieścił się w dziurze, jaką wcześniej zrobił chłopiec. Człowiek wszedł ostrożnie, lekko chyląc głowę, aby nie strącić z niej czapki z białego lisa i powoli, lekko stawiając kroki zbliżył się do olbrzymiego truchła. Dziecko wstrzymało oddech.

– Podbiegnie tu zaraz i poderżnie mi gardło – kołatało mu w głowie razem z chyba tysiącem podobnych scenariuszy, które zawsze kończyły się jego nieuchronną śmiercią. Przybysz jednak zamiast targnąć się na jego życie, ściągnął nakrycie głowy i poluzował futro oplatające jego szyję.

Nieznajomym okazała się dziewczyna. Lśniące włosy o kolorze ciemnego złota opadły kaskadą do tyłu, sięgając poniżej pasa. Nie widział dokładnie jej twarzy, bo przeszkadzał mu w tym oślepiający blask dogasającego słońca, gorejący za jej plecami. Gdy w końcu jednak udało mu się wypatrzeć jej duże, błyszczące oczy, ku jego zdumieniu uśmiechnęła się do niego, i to tak pięknie, że zauroczony nie powstrzymał westchnięcia zachwytu. Powoli kucnęła przed zwierzęciem i zmierzwiła mu włosy na boku, dłonią schowaną w wielkiej, skórzanej rękawicy.

– Twoja przyjaciółka ma naprawdę piękne futro – rzekła miękko. Mówiła w jego języku, ale w trochę inny sposób, niż robiła to jego mama. Przez moment nie był pewien, co jest powodem tej odmienności, szybko jednak zorientował się, że przybyszka mówiła bardzo wolno, jak gdyby zastanawiała się nad każdym wypowiedzianym słowem. Z zaciekawieniem śledził jej poczynania. Delikatnie głaskała zwierzę, jakby nie zauważyła, że ono i tak już tego nie poczuje. Miły uśmiech uparcie utrzymywał się na jej pięknej twarzy.

– Jak masz na imię, kochanie? – spytała nieco niespodziewanie.

To pytanie dogłębnie przeraziło chłopca. Moje imię – myślał intensywnie – ja mam na imię… mam na… imię… .

– Ja … ja nie…

– Rozumiem. Nie pamiętasz.

Opuścił głowę zawstydzony. Ludzie zdecydowanie nie powinni zapominać swoich własnych imion. Mama jednak częściej zwracała się do niego po prostu „synku”, przez co dopiero niedawno zorientował się, że określenie to nie jest tym właściwym. Czuł jednak, że nie jest dostatecznie usprawiedliwiony.

– Och, nie przejmuj się. To doprawdy żaden problem. – stwierdziła dziewczyna wstając. Okrążyła niedźwiedzicę i uklęknęła przed nim.

– Po prostu damy ci nowe imię.

Wyciągnęła rękę w kierunku jego głowy, na co chłopiec odruchowo odsunął się do tyłu. Zrozumiawszy jednak jej niegroźne intencje, wrócił do poprzedniej pozycji i pozwolił nieznajomej dotknąć swoich włosów.

– Gęste i brązowe, jak u małego misia. Co ty na to, kochanie? Może „Niedźwiadek”?

Odgarnęła mu kosmyki z czoła i przełożyła za ucho, dzięki czemu mogła dokładniej przyjrzeć się jego oczom. A on mógł przyjrzeć się jej. Wyglądały jak tutejsze jezioro, tylko były jeszcze głębsze i bardziej błękitne. Było w nich coś niesłychanie uspakajającego, a im dłużej się w nie wpatrywał, tym absurdalnie czuł się szczęśliwszy.

– Nie… nie „Niedźwiadek” – stwierdziła zaraz, sama sobie zaprzeczając – na to imię jesteś już zbyt duży. A zatem kochanie, z dniem dzisiejszym stałeś się Niedźwiedziem.

Chłopiec z dumą przyjął nowe imię. Wpatrując się z fascynacją w rozpromienione oblicze dziewczyny, nagle zdał sobie sprawę, że zapomniał o czymś niemiłosiernie ważnym.

– Mama – wydukał niewyraźnie nie wierząc, że jeszcze potrafi coś powiedzieć – Widziałaś moją mamę?

Jej twarz pociemniała i ku rozpaczy dziecka zniknął z niej uśmiech. Zbliżyła się do niego i objęła czule, przyciskając do siebie. Poczuł ciepło ciała schowanego pod warstwą ubrań i słodki zapach wydobywający się z włosów.

– Od teraz to ja nią będę.

Komentuj
Weronika Zawadzka
Zwolenniczka oddolnego organizowania się, mocy i zasięgu wspólnego działania, aktywizmu społecznego i kooperatyw. W PolakPotrafi czuwa nad projektami społecznościowymi i kulturalnymi. Miłośniczka idei emancypacyjnych, warzyw i swojego psa - Ufo.
Top